niedziela, 5 czerwca 2016

EURO 2016 i Francja jako gospodarz

Witam :)

   Kolejny post zacznę od krótkiego pytania: Co nastąpi 10 czerwca? Większość fanów piłki nożnej będzie znała odpowiedź, mianowicie 10 czerwca bieżącego roku nastąpi otwarcie Mistrzostw Europy we Francji. Z kolei gdybym zapytał, co wydarzyło się 10 czerwca 2000 roku, wówczas odpowiedź nie byłaby już tak jasna i spora część, myślę, zaczęłaby się zastanawiać. Otóż, tego dnia odbył się inauguracyjny mecz EURO 2000 na stadionach Holandii i Belgii. Lecz dlaczego łączę te dwie daty? W sumie to, że EURO 2000 i 2016 rozpoczyna się 10 czerwca to raczej taka ciekawostka, a bardziej chciałbym się skupić na tym, iż 16 lat temu zwycięzcami mistrzostw Europy byli Francuzi, którzy dzisiaj są gospodarzami tego prestiżowego europejskiego turnieju. Przypadek, czy też może zrządzenie losu? Może też się pojawić sugestia, że typuje Francuzów. Nic z tych rzeczy. Chociaż jako gospodarze mają teoretycznie wielkie szanse na powtórzenie wyczynu z 2000 roku, ale nie zapominajmy, że to jest futbol i tutaj wszystko jest możliwe tak jak nieobecność reprezentacji Holandii. A to jest ogromne zaskoczenie nie tylko dla mnie, lecz i dla wielu ekspertów oraz sympatyków tego sportu. No ale wróćmy teraz do meritum sprawy, gdzie wyjaśnię wam pokrótce o co mi chodzi...

   2 lipca 2000 roku na stadionie Feyenoordu Rotterdam Anders Frisk o godzinie 20:00 gwizdkiem sędziowskim rozpoczyna jeden z najwspanialszych i najbardziej dramatycznych finałów piłkarskich Mistrzostw Europy. Mecz Francja - Włochy oglądany przez miliony kibiców na trybunach i przed telewizorami. Zapowiadały się niesamowite emocje, bowiem obydwie drużyny nie miały lekkiej drogi by dotrzeć do finału. Zwłaszcza w półfinałach musiały przejść przez ciężką przeprawę, w której Francuzi po dogrywce pokonali Portugalczyków a Włosi dopiero w rzutach karnych poskromili Holendrów. Dwie wielkie reprezentacje stanęły naprzeciwko siebie w tym jednym, ostatnim meczu i żadna nie myślała o tym, by to spotkanie przegrać.

   Mecz niezwykle wyrównany, akcja za akcją, w zespołach mnóstwo gwiazd, które przez cały turniej dzielnie reprezentowały swoje państwa. I dopiero w 55 minucie Marco Delvecchio po składnej grze całej drużyny daje prowadzenie Włochom. Francuzi starali się atakować bramkę Buffona, ale w końcu Włosi słyną z solidnej i twardej defensywy. Aż do 94 minuty doliczonego już czasu, gdzie Wiltordowi Sylvain udaje się strzałem z lewej strony pola karnego umieścić piłkę w siatce i przywrócić swoim rodakom nadzieję, o którą tak dzielnie walczyli. Gwizdek sędziego kończący regulaminowy czas gry i zapowiadający dogrywkę, która dopiero teraz podnosi dramaturgię meczu. Takie sytuacje osłabiają zwykle drużynę, której zwycięstwo zostało praktycznie wyszarpane z rąk, a dodaje skrzydeł tym, którzy powstali z martwych. I tak też się stało. W 103 minucie po błędzie włoskich zawodników Robert Pires zagrywa piłkę w pole karne i pięknym strzałem z woleja David Trezeguet daje zwycięstwo Francuzom strzelając złotego gola, który wówczas obowiązywał jako obecnie już nieużywana w piłce nożnej zasada dotycząca dogrywek, przekreślając w ten sposób jakiekolwiek szanse Włochów na zdobycie trofeum. Tak oto Francja drugi raz z rzędu cieszyła się z tytułu mistrza, gdyż dwa lata wcześniej w 1998 roku po zwycięstwie 3:0 nad Brazylią zdobyła puchar mistrzostw świata. Zresztą cofnijmy się do tamtego pamiętnego finału EURO 2000...

                                                                           CZĘŚĆ 1


                                                                           CZĘŚĆ 2



   Zatem czy teraz po 16 latach Francuzi na swoich stadionach znów mogą pokusić się o sukcesy? Mają silny zespół i fakt, jako gospodarze są jednymi z faworytów, lecz nie zapominajmy, że to jest turniej i tutaj wszystko jest możliwe. Nie ma pewniaków, kandydaci na tron mogą być tylko teoretyczni i tylko drużyna, która utrzyma równą formę, a przede wszystkim wykaże się świetnym przygotowaniem fizycznym oraz mentalnym przez cały czas trwania mistrzostw będzie świętować zdobyty tytuł.

   My za to miejmy nadzieję, że nasza polska reprezentacja, dla której jest to trzeci występ na mistrzostwach Europy będzie czarnym koniem tych rozgrywek i zaprezentuje poziom wysoki utrzymując przy tym formę z eliminacji, bo szkoda byłoby zmarnować tak wielki potencjał i fantastyczną dyspozycję polskich zawodników. Wierzmy, że dzięki duetowi jaki stanowią trener Adam Nawałka i prezes Zbigniew Boniek Polska zajdzie daleko, niekoniecznie już do finału, ale jak to mówią, do trzech razy sztuka i biorąc pod uwagę Mistrzostwa Europy będziemy mogli być dumni ze swoich piłkarzy. Zatem trzymajmy kciuki za polską reprezentację oraz życzmy sobie, by EURO 2016 było również spektakularne jak to 16 lat temu.

Pozdrawiam,
Hart Ducha  :)

czwartek, 2 czerwca 2016

Fenomen Leicester

   Leicester City mistrzem Anglii! Gdybym wykrzyczał bądź wypowiedział te słowa na początku sezonu pewnie spotkałbym się z subtelną falą krytyki, powątpiewania ze strony bukmacherów oraz stałbym się obiektem kpin i żartów specjalistów. Bo przecież jak drużyna, która w poprzednim sezonie awansowała do Premier League i jako beniaminek zajęła tylko 14.miejsce, teraz potrafiła zdominować angielską ligę i przerwać hegemonię wielkich drużyn. Myślę, że dla wszystkich było to ogromne zaskoczenie i muszę szczerze przyznać, że dla mnie również. Chociaż, z drugiej strony kocham piłkę nożną właśnie za to, że potrafi być taka nieprzewidywalna i dzięki temu szykuje nam tak wiele niespodzianek.

O co tak dokładnie chodzi...
   Dlaczego Leicester? Na czym polega fenomen "Lisów"? Nic przecież nie wskazywało na to, że ta drużyna zdobędzie mistrzostwo. Przez 20 lat tylko cztery kluby były w stanie walczyć o tytuł: najbardziej utytułowany w lidze angielskiej Manchester United, dwaj wrogowie z Londynu - Arsenal i Chelsea, a w ciągu ostatnich lat do walki włączył się również bogaty i odwieczny rywal "Czerwonych Diabłów" - Manchester City. To oni rządzili i trzęśli angielską Premier League, do nich należało ostatnie zdanie. Wielkie kluby, sławni piłkarze, miliony wydanych pieniędzy, aż tu nagle czar prysł i kubeł zimnej wody wylany na gigantów oraz dowód, że nic nie może wiecznie trwać.

   W sezonie 2015/2016 Leicester postanowił przerwać tą passę i pokazać, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych a wiara w siebie może uczynić każdego zwycięzcą. Jak to możliwe, że drużyna, która do tej pory w swojej historii nie odniosła znaczącego trofeum - tylko 2 razy stawała na podium (2.miejsce w 1929 i 3.miejsce w 1928), 3 razy zdobyła będący pocieszeniem w angielskiej lidze puchar ligi (1964, 1997 i 2000), w pucharze Anglii 4 razy dotarła do finału (1949, 1961, 1963, 1969) lecz nie dane jej było zwyciężyć, za to w 1971 roku pokonując Liverpool 1:0 zdobyła Tarczę Wspólnoty? Jak to możliwe, że największymi możliwymi sukcesami "Lisów" było 7-krotne mistrzostwo Football League Championshiop, czyli zaplecza Premier League i mimo tego wszystkiego klub ten stanął na wysokości zadania i w sezonie 2015/2016 pokusił się o mistrzostwo?

   Z reguły za sukcesy i dobre wyniki pochwałami obsypuje się trenerów, którzy mają za zadanie opracować taką strategię i taktykę, przygotować tak fizycznie i psychicznie swoich podopiecznych, by byli w stanie stworzyć wielką drużynę mogącą grać o najwyższe cele. I w tym sezonie udało się to włoskiemu trenerowi Claudio Ranieriemu, który do Anglii powrócił po kilkuletniej przerwie, gdzie z Chelsea Londyn w 2004 roku zajął 2.miejsce i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów. Jako trenerowi nie wiodło mu się zbyt dobrze, miał kilka epizodów w wielkich klubach jak np. Juventus Turyn czy Valencia. Nie zawsze też był doceniany. Nieraz krytykowany za stosowanie dużej rotacji zawodnikami podczas sezonów. I chyba wyciągnął wnioski ze swojego stylu gry, bo w Leicester skupił się na przygotowaniu fizycznym swoich zawodników, dzięki czemu zaoszczędził im i sobie wielu kontuzji. A nie było to łatwe, ponieważ przez cały sezon skorzystał tylko z 19 piłkarzy, w tym również z naszego Marcina Wasilewskiego. Ranieri sprawił, że nikomu nieznani piłkarze stali się gwiazdami Premier League. Jamie Vardy, który jeszcze 5 lat temu grał w 7 lidze angielskiej, w tym sezonie został najlepszym piłkarzem w Anglii - co zaowocowało debiutem w reprezentacji Anglii. Z kolei, algierski pomocnik Riyad Mahrez wybrany został najlepszym piłkarzem sezonu Premier League. Do tego dochodzi świetna postawa syna Petera Schmeichela - Kaspera, również bramkarza i Wesa Morgana, który jako kapitan "Lisów" kierował obroną mistrzów Anglii. To wszystko przyczyniło się do tego, że Leicester City stał się w ciągu jednego sezonu wielką potęgą wbrew opiniom, że mistrzem może zostać klub z pieniędzmi.

   "Lisy" łamią wszelkie stereotypy udowadniając wszystkim, że ani miliony w kasie ani wielcy piłkarze nie są wyznacznikami tego, by coś osiągnąć. Można też pozazdrościć Ranieriemu tego, co osiągnął, bo nie wyczynem jest prowadzić klub z historią, z tytułami, z gwiazdami w składzie, lecz osiągnąć coś z drużyną przeciętną, bez jakichś większych perspektyw na sukces. I ja też mógłbym podpisać się pod tym stwierdzeniem i może nie jestem trenerem, a miałem kiedyś to marzenie w planach, to chciałbym się z wami podzielić moim, co prawda wirtualnym sukcesem, ale sukcesem osiągniętym w myślę świetnie znanej fanom futbolu grze Football Manager. Jak każdy fan piłki nożnej uwielbiam grać w wolnych chwilach w gry sportowe takie jak FIFA czy wspomniany FM. Wiele drużyn wrzucałem na warsztat. Mistrzostwa z Realem Madryt, Manchesterem United i innymi zespołami z wyższej półki to tylko jedne z wielu, ale nic tak nie sprawiało radości jak długofalowy awans do najwyższych lig rozgrywkowych z niemieckim Dynamem Drezno czy włoskim Albinoleffe. Z trzecich lig do ekstraklasy swoich krajów, a więc z niczego zrobiło się coś, co można nazwać wielkim osiągnięciem. I to właśnie uczynił Ranieri. Również, biorąc pod uwagę naszą polską ekstraklasę, na wielkie wyrazy uznania zasłużył Piast Gliwice, który przebojem zajął ostatecznie 2 miejsce premiowane grą w europejskich pucharach.

   A więc na czym polega fenomen Leicester City? Kończąc, myślę, że odpowiedzi nie musimy szukać daleko, bo jest ona widoczna gołym okiem, wystarczy obiektywnie spojrzeć na całokształt. Mistrzem Anglii została drużyna, na którą nikt nie stawiał. Najlepszymi piłkarzami zostali ci, o których nikt nie słyszał, a teraz głośno jest o klubie, który zgromadził wokół siebie nową rzeszę sympatyków futbolu. I to dzięki determinacji, wierze i nieustannej walce, w czasie której przez cały sezon nikt się nie poddał.

Pozdrawiam,
Hart Ducha  :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Bitwa o Anglię

     13 maja 2012 roku rozgrywana zostaje ostatnia kolejka angielskiej Premier League. W jednym z najciekawszych meczów wielki Manchester United podejmuje Sunderland. Mecz o wszystko, bowiem stawką jest mistrzostwo Anglii. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż tego samego dnia, o tej samej porze, równorzędnie, swój ostatni w tym sezonie mecz rozgrywał również odwieczny rywal - Manchester City, któremu zwycięstwo nad drużyną Queens Park Rangers dałoby pierwsze miejsce w tabeli uzyskane dzięki korzystniejszemu bilansowi bramkowemu. Już w 20 minucie Wayne Rooney daje prowadzenie Czerwonym Diabłom, co zbliża Manchester United do kolejnego tytułu. Jednakże, nikt nie spodziewał się, że drugi mecz zapisze się na kartach historii w sposób wyjątkowy i będzie wspominany przez kibiców Manchesteru City przez długie długie lata. Tym oto długim wstępem chcę Wam przybliżyć niezwykle emocjonujące widowisko będące prawdziwą "Bitwą o Anglię".
    
   "The Citizens" przez większą część pierwszej połowy dyktowało tempo gry i to oni w lepszych nastrojach schodzili do szatni, kiedy to w 39 minucie po akcji całego zespołu Pablo Zabaleta dał prowadzenie swojej drużynie. Jednak radość gospodarzy nie trwało długo, gdyż po przerwie w 48 minucie po błędzie Lescotta piłkę przechwytuje niepilnowany Cisse i umieszcza ją w siatce. Remis, który rozpoczął istny horror tego spotkania. Goście zaczynali nabierać pewności siebie, czego efektem jest strzelona głową bramka Mackie'go w 66 minucie. W międzyczasie chwilę wcześniej czerwoną kartkę (za uderzenie łokciem Carlosa Teveza) zobaczył gracz Queens Park Rangers - Joey Barton. Mimo tego osłabienia wyszli na prowadzenie a sfrustrowani gracze Manchesteru City powoli żegnali się w myślach z tytułem. Gospodarze walczyli o każdy metr boiska robiąc wszystko by wyszarpać Czerwonym Diabłom nadchodzące ku im mistrzostwo. I kiedy regulaminowy czas gry w obydwu spotkaniach powoli dobiegał końca a Manchester United po ciągłym prowadzeniu 1:0 był coraz bliższy sięgnięcia po tytuł, wszyscy nerwowo śledzili przebieg drugiego meczu. Horror rodem z Hitchcocka wciąż trwał. Minuty uciekały, lecz to, co się wydarzyło tego dnia na Etihad Stadium było czymś niemożliwym i niewyobrażalnym potwierdzającym jak piękny potrafi być futbol.

   Mianowicie, w 92 minucie doliczonego już czasu gry, Edin Dżeko po dośrodkowaniu z rzutu rożnego strzałem głową doprowadza do remisu i przywraca nadzieje nie tylko kolegom z drużyny, ale i także kibicom, że ten mecz jeszcze się nie zakończył. Trzy ostatnie minuty i ostatni gwizdek sędziego. Cała Anglia bacznie obserwuje obydwa spotkania, cały Manchester podzielony na "czerwonych" i "niebieskich" z zapartym tchem trzyma kciuki za swoje ukochane kluby. Trenerzy patrzą na zegarki modląc się o spełnienie swych marzeń. I to Roberto Mancini wymodlił sobie sukces, kiedy to w 94 minucie Sergio Aguero po składnej akcji zespołu zachowuje zimną krew i przesądza o wyniku meczu. Manchester City wygrywa po dramatycznym boju z Queens Park Rangers 3:2 i to "The Citizens" po 44 latach zdobywają upragnione mistrzostwo. Natomiast ich odwiecznemu rywalowi pozostaje na pocieszenie fotel wicelidera. Niesamowita radość na Etihad Stadium jest zwieńczeniem tego pięknego spektaklu zakończonego uniesieniem pucharu przez piłkarzy Manchesteru City.
    
   Ten mecz pokazuje jak wielką wolą walki wykazali się zawodnicy "The Citizens". Pomimo niesamowicie wielkiej presji wynikającej nie tylko z przebiegu meczu, ale także z walki o tytuł z armią wroga dowodzoną przez sir Alexa Fergusona, nie złamali się i walczyli do końca. Nie poddali się, unieśli brzemię jakie na nich spoczywało, bo wiedzieli o co walczą i o czym marzą, a tą zbawienną grą wygrali swoją "bitwę o Anglię". Koniec końców, piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym, tutaj niemożliwe nie istnieje i póki piłka w grze to nie można tracić nadziei, a tym bardziej porzucać swoich marzeń.

   Pragnę Was jeszcze zaprosić do obejrzenia filmu, gdyż powyższa recenzja tylko w małym stopniu opisuje jak wielkie było to widowisko i nie odzwierciedla atmosfery jaka mu towarzyszyła  ;)   


Część 1
 

Część 2
 

Pozdrawiam i do następnego razu,
Hart Ducha  :)

wtorek, 12 stycznia 2016

Wesoła nowina ...

    Witam wszystkich w Nowym 2016 Roku, który dla kanału Hart Ducha, już na jego wstępie, okazuje się być szczęśliwym, a to głównie dzięki Wam. Kanał osiągnął już liczbę 500 subskrypcji, a więc poszerzył rzeszę fanów, których to wykazało zainteresowanie moimi "motywacyjnymi wykładami". Bardzo Wam dziękuję za każdego suba, za wszelkie słowa pochwały, również hejtu ;) za wszystkie łapki w górę jak i te w dół, bo to także świadczy o tym, że ktoś coś obejrzał, ale akurat to do niego nie przemówiło. Ponadto zachęcam do dalszego subskrybowania oraz życzę każdemu subskrybentowi zarówno jak i gościowi, który zajrzy na mój kanał lub bloga, wszystkiego co najlepsze w tym Nowym Roku.
HARTujcie DUCHA i niech moc będzie z Wami ;)

Pozdrawiam :)

wtorek, 12 maja 2015

Wstań i Walcz

   Witam wszystkich zahartowanych duchem a zarazem dziękuję za wciąż rosnącą liczbę wyświetleń nie tylko na blogu, ale również tych przy filmach na kanale YouTube. Oczywiście nie mógłbym pominąć wciąż rosnącej ilości subskrypcji, które są dla mnie oznaką Waszej sympatii :)  Te czynniki sprawiają, że warto robić to co robię, począwszy od bloga, którego prowadzę w wolnej chwili, no dobra, w bardzo wolnej chwili, a kończąc na tworzeniu kompilacji filmów zawierających pewien wątek motywacyjny z kilkoma własnymi zdaniami inspirowanymi tymże wątkiem.

DLACZEGO MOTYWACJA?
   Pewnie ktoś się zastanowi bądź zapyta: Dlaczego akurat motywacja? Jest przecież tyle dziedzin życia, kategorii, różnego rodzaju rzeczy, zagadnień, które można by opisać, o których można by przecież opowiedzieć, chyba, że jestem psychologiem i bawię się w stawianie diagnoz pisząc bloga. Nic z tych rzeczy.

   Otóż, wydaje mi się, iż mimo tego, że motywacja jest sama w sobie jakimś pewnym wyznacznikiem kierunkującym ludzkie zachowania, nad którym tak w głębi ducha żaden z nas jakoś się specjalnie nie zastanawia, prócz oczywiście wyspecjalizowanych fachowców, to w naszym życiu, w życiu każdego z nas pełni niebagatelną rolę. Motywacja jest niesamowitym bodźcem o niezwykle szerokim spektrum działania, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wielu z nas łączy motywację głównie z pracą lub ze sportem, gdzie za odpowiednie wynagrodzenie jesteśmy w stanie efektywnie i efektownie odnosić zamierzone rezultaty, wyniki czy też gdzie w chwilach bezsilności jesteśmy wspierani przez kolegów, drużynę, naszego mentora, dzięki którym nabieramy ochoty do pracy czy podjęcia rywalizacji. Tak naprawdę motywacja jest nieodłącznym elementem naszego bytu; elementu zagnieżdżonego gdzieś w ludzkiej podświadomości.

   Człowiek od urodzenia uczy się w przetrwać w otaczającym go świecie, walczyć z przeciwnościami losu. Jedni są przy tym silni fizycznie lub psychicznie, inni zaś słabi, ale nawet i ten silny potrafi zostać złamany w pewnym momencie. To są rzeczy nieraz niezależne od niego, na które może nie mieć wpływu, ponieważ życie nie jest usłane różami, nie pyta nas o zdanie, a przy tym zmusza do wejścia na ring, do podjęcia walki, podczas której będziemy przez nie dosłownie uderzani jeśli nie nokautowani. I właśnie tutaj wszystko będzie zależało w pierwszej kolejności od nas. Od siły, która jest w naszych głowach, którą sobie sami wytworzyliśmy, bo jeśli wmówimy sobie, że nie damy rady bądź przegramy to znajdziemy się na kolanach, a w najgorszym wypadku na łopatkach. Jednakże, dając wiarę w swoje siły, zamiary, jednym słowem wierząc w siebie, wierząc, że mi się uda, że jestem w stanie dokonać niemożliwego wówczas przeniesiemy nie tylko góry, ale i będziemy skłonni dokonać rzeczy ponad nasze siły.

   Na szczęście, my ludzie jesteśmy tak zaprogramowani, że gdy dotykają nas problemy, rozterki, sprawy, nad którymi tracimy kontrolę, potrafimy sobie pomóc. I już nie mówię o pomocy materialnej, fizycznej lub jakiejkolwiek innej, ale o mentalnej, dzięki której poprzez wyciągnięcie ręki i wypowiedzenie kilku słów otuchy nasze spojrzenie na świat maluje się w innych barwach. Jeśli poprzez wiarę w drugiego człowieka jesteśmy w stanie sprawić, że znajdując się na dnie, potrafi się on od niego odbić, to czyż nie jesteśmy magami, wielkimi czarodziejami, którzy słowem i czynem ukoją cierpienia innych?

   Dlatego właśnie motywacja. Bo jest potężna, sama w sobie potrafi czynić dobro. Ona nie zabije lecz wzmocni, nie tylko ciało i umysł ale i ducha, bo powtarzając w kółko niczym mantrę słowa: "Nigdy się nie poddam", "Zawsze dam z siebie wszystko", "Zawsze będę walczył do końca", "Uwierzę w siebie", staną się one siłą, której nikt w nas nie złamie.  Na koniec pragnę zachęcić do obejrzenia najnowszego filmiku opartego na cytatach, dzięki któremu wierzę, że zrozumiecie dlaczego właśnie motywację wybrałem jako myśl przewodnią mojego bloga jak i kanału na YouTube. Jakby nie było, Wasze subskrypcje, wyświetlenia, pozytywne komentarze i lajki są bowiem motywatorem dla mnie ;)





Pozdrawiam i do następnego razu,
Hart Ducha  :)

niedziela, 23 listopada 2014

Liverpool - Milan. Najlepszy finał w historii Ligi Mistrzów

   Rok 2005. Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że historia zrodzi jeden z najwspanialszych, najlepszych i najbardziej dramatycznych finałów piłkarskiej Ligi Mistrzów i to w dodatku z udziałem polskiego piłkarza. Mecz wielki jak się o nim pisze i mówi; mecz, którego scenariusza nikt by nie przewidział, a żaden reżyser filmowy nie powstydziłby się o stworzenie takiego dzieła.

   Otóż, 25 maja 2005 roku na stadionie Ataturk Olimpiyat w Stambule (Turcja) doszło do rywalizacji dwóch klubowych potęg. Z jednej strony, angielski Liverpool w bramce z naszym polskim bramkarzem Jerzym Dudkiem, a po drugiej stronie włoski AC Milan. Typować faworyta było ciężko, oczywiście biorąc pod uwagę liczbę sukcesów jednogłośnie zwycięzcą byłby Milan. Jednakże, nie sukcesy decydują o zwycięstwie a obecna dyspozycja obydwu zespołów w dzień meczu. Dlatego, już przed samym gwizdkiem zapowiadało się na niesamowite wydarzenie, a każdy kibic siedzący na trybunach, przed telewizorem czy gdzieś w klubach trzymał kciuki za swoją drużynę, lecz nikt nie myślał, że będzie świadkiem spektakularnego widowiska.

   I zaczęło się. Hiszpański sędzia Manuel Mejuto Gonzalez pierwszym gwizdkiem rozpoczyna mecz. Kibice Milanu nie musieli długo czekać na bramkę, gdyż już w 1' minucie po dośrodkowaniu Andrei Pirlo z rzutu wolnego Paulo Maldini umieszcza piłkę w siatce. Milan prowadzi, dzięki czemu zaczyna nabierać prędkości i pewności siebie. Gra mądrze, zespołowo, czego efektem jest bramka Hernana Crespo w 39' minucie. Ten sam piłkarz strzela gola kilka minut później, bo w 44' minucie i ustanawia wynik na 3:0, a Jerzy Dudek musi po raz kolejny wyciągać piłkę z własnej bramki. Piłkarze Liverpoolu i również ich kibice są zdruzgotani. Nie tak miał się zacząć dla nich ten mecz, ten wielki finał. Podłamani, z twarzami pełnych wątpliwości schodzili do szatni po pierwszej połowie. Czyżby zapowiadało się na pogrom? Zanosiło, się na to, że włoski Milan zwycięży. Bo kto odrobiłby stratę trzech bramek, a nawet czterech myśląc jeszcze o zwycięstwie? To jest niemożliwe. Wierny kibic zawsze będzie wierzył w swoją drużynę, ale realiści nie dają raczej szans. Na twarzach kibiców angielskiej drużyny rysował się smutek wraz z nasuwającymi się kolejnymi pytaniami: Co się teraz dzieje w szatni? Co im mówi trener? Bezsilny próbuje podnieść ich na duchu, okazuje im współczucie? Przecież nie są słabą drużyną, bo przeszli tak długą drogę by dojść do finału, a więc coś w tym musi być. A Jerzy Dudek? Czyżby nie było pisane Polakowi podnieść puchar Champions League? A może Rafa Benitez zmieni naszego bramkarza, bo przecież strata trzech bramek w jednej połowie może źle oddziaływać na psychikę zawodnika? Pytań było wówczas wiele, ale nie zapominajmy o tym, że została jeszcze druga połowa, 45 minut, w których wszystko może się jeszcze wydarzyć, a piłka nożna to sport nieprzewidywalny.

   Rozpoczyna się druga połowa. Milan pewny zwycięstwa stara się grać rozważnie, mogąc się też przy okazji pokusić o kolejną bramkę. To jest ich wieczór, ich mecz. Jakby nie było, zwycięstwo mają już w kieszeni. Jednakże na boisku coś zaczęło się dziać. Liverpool zmienił swoje nastawienie, chociaż nic dziwnego, przegrywał, a więc piłkarze nie mieli nic do stracenia jak to śpiewa Mrozu. Przechwyt piłki, kilka podań, John Arne Riise przy piłce, próbuje dośrodkować, lecz piłka trafia w obrońcę Milanu, po czym staje przed ponowną szansą, dośrodkowuje w pole karne i... GOOOL! Steven Gerrard - legenda "The Reds" w 54' minucie daje bramkę honorową, bramkę pełną nadziei, swojej drużynie po pięknym strzale z główki. Biegnie do bramki między słupkami której stoi Dida, wyciąga z niej piłkę i tchnąc wiarę w swoich kolegów kieruje się ku środkowi  by jak najszybciej rozpocząć znów mecz. Niebo nad stadionem się rozjaśniło, mimo iż był późny wieczór, bowiem czarne chmury wiszące nad drużyną z Anglii się rozeszły. Pojawiły się nadzieje a "czerwone" trybuny odżyły. Chwilę później, a dokładnie w 56' minucie Vladimir Smicer po zgranej akcji zespołu strzałem z dystansu powoduje, iż Liverpool powoli odrabia straty. Tym razem Dida po raz kolejny kapituluje, a piłkarze Milanu wydają się być zdezorientowani. Czyżby role miały się odwrócić? Tak też się stało, kiedy w 60' minucie Gennaro Gattuso fauluje w polu karnym Gerrard'a a sędzia dyktuje rzut karny. Do piłki podchodzi Xabi Alonso. Na stadionie konsternacja, trybuny zamarły. Alonso staje przed wielką szansą zmiany wyniku i oblicza meczu. Gwizdek sędziego. Wdech i wydech pomocnika Liverpoolu mówi sam za siebie świadcząc o odpowiedzialności jaka spoczywa na jego barkach. Strzał! Jednak Dida broni, po czym Alonso dobiega i rehabilituje się drugim strzałem dając bramkę i w efekcie upragniony remis 3:3. Mecz zaczyna się od początku! Emocji temu towarzyszących nie da się wyrazić jednym słowem. Niemożliwe stało się możliwym, a cokolwiek Rafa Benitez powiedział swoim piłkarzom w szatni musiało podziałać. I tak, Liverpool niesiony odrobieniem strat i dopingiem kibiców zaczyna dyktować tempo. Jednak, remis utrzymał się do końca regulaminowego czasu i wynik miała rozstrzygnąć dogrywka, w której przed wielką i niepowtarzalną szansą stanął Andrij Szewczenko oddając dwukrotnie strzał na bramkę Jerzego Dudka. W tym momencie nasz bramkarz popisał się efektownymi paradami, które na pewno dodały mu pewności siebie w rzutach karnych, bo to one ostatecznie miały zadecydować o losach tego meczu. I właśnie to seria jedenastek należała już do polskiego bramkarza, który dzięki swojemu "tańcu" w bramce stał się bohaterem meczu broniąc ostatni z nich i dając upragnione oraz ciężko wywalczone zwycięstwo swojej drużynie.

   Liverpool zwycięzcą! Coś niesamowitego. Oczywiście wielkie brawa dla piłkarzy Milanu za świetne widowisko i również za walkę do ostatnich sekund meczu, mimo chwilowej niemocy. Natomiast sposobu w jaki wygrali podopieczni Beniteza nie da się opisać. W przerwie meczu schodzili z boiska dźwigając ciężar porażki. Jednak trener lub coś innego musiało tchnąć w nich ducha zwycięstwa. Z drugiej strony nie mieli nic do stracenia, bowiem przegrywają, a czy mogło być już gorzej? Wyszli i zagrali dla kibiców, dla tych, którzy przyszli i którzy w nich wierzyli, którzy ich nieśli swoją pieśnią "You''ll never walk alone" ("Nigdy nie będziesz szedł sam"), bo tak naprawdę ważne jest to, by się nie poddawać, ale także liczyć na odrobinę szczęścia czy też cud. A niemożliwe nie istnieje, ponieważ wszystko się rodzi w naszych głowach.

Na koniec chciałbym wrócić pamięcią do tego finału, zatem obejrzyjmy i przeżyjmy to jeszcze raz  ;)

Część 1


                                                                            Część 2



Pozdrawiam,
Hart Ducha

poniedziałek, 17 listopada 2014

Pierwsza STÓWA ...

                                                  Drodzy widzowie i czytelnicy,

biorąc pod uwagę fakt, iż jakiś czas temu kanał HART DUCHA osiągnął liczbę pierwszych 100 000 odsłon na Youtube, pragnę podzielić się z Wami jeszcze bardziej radosną dla mnie nowiną. Mianowicie uzyskaniem pierwszych 100 subskrypcji. Bądźmy szczerzy, gdyby nie Wy, ludzie, którzy na co dzień przeglądają, oglądają, śledzą filmy na YouTube, a następnie przekazują, udostępniają lub polecają je innym, kanał ten zatrzymałby się na kilku, kilkunastu odsłonach i pewnie zerowej liczbie subskrypcji. Zatem, w ramach podziękowań za oglądanie oraz wyświetlanie przez Was filmów postanowiłem przygotować ten poniższy krótki filmik i korzystając z okazji również zachęcić do dalszego odwiedzania kanału. A tych, którzy włączyli go dopiero po raz pierwszy zapraszam do jego SUBSKRYBOWANIA. Mam też nadzieję, że w mniejszym lub większym stopniu kanał Hart Ducha potrafi być swojego rodzaju wykładem motywacyjnym, dzięki któremu zapamiętacie, że nigdy nie wolno się poddawać  ;)

                             


PS.  Pisząc jakiś czas temu tego posta, nie sądziłem, że teraz będę musiał go sprostować. Muszę wprowadzić pewną wzmiankę odnośnie liczby wyświetleń, gdyż kilka filmów zostało z czasem usuniętych co automatycznie spowodowało, że NIESTETY ilość wyświetleń się zmniejszyła. A szkoda, bo teraz mogłaby być z 2 - 3 razy wyższa. No cóż, takie są prawa Youtuba i nic się nie poradzi, ale mogę Was zapewnić, że się tym nie zrażam i w wolnych chwilach będę kontynuował działalność na kanale i blogu. A Wam, drodzy czytelnicy, mogę podziękować za wciąż rosnące subskrypcje oraz zaprosić, nawet i bez nich, na moje "wykłady" :)

Pozdrawiam, 
Hart Ducha