niedziela, 7 maja 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.4. Człowiek niezłomny - historia Louisa Zamperiniego

            Życie nie zawsze potrafi być usłane różami. Jest to nie łatwa wędrówka, która niesie ze sobą zarówno wzloty jak i upadki. Każdy mierzy pojawiające się problemy swoją wagą i w miarę możliwości stara się na swój sposób właściwie je rozwiązywać. Czasem zdarza się tak, że coś jest niezależne od człowieka, czego się nie spodziewa i na co nie ma wpływu. Życie pisze własne scenariusze, nikogo nie pyta o jego weryfikację. Wtedy, najważniejsze oraz jedyne, co możemy zrobić, to nie pozwolić, by nas cokolwiek złamało. To my jesteśmy kowalem własnego losu.

„Niezłomny” – tak można najkrócej opisać człowieka będącego głównym bohaterem ekranizacji w reżyserii Angeliny Jolie. Scenariusz napisali słynni bracia Coen. Inspirowany prawdziwą historią amerykańskiego biegacza Louisa Zamperiniego (Jack O'Connell) staje się dowodem na to, że człowiek jest w stanie znieść wszystko. Biorąc pod uwagę jego życiorys, było to tylko kwestią czasu, aby pojawił się koncept wyreżyserowania filmu, a następnie wyświetlenia go w kinach. Jolie od początku stara się zobrazować z jakimi wyzwaniami zmagał się główny bohater. Zainspirował również mnie, by stworzyć, składający się z czterech części, materiał oparty właśnie na fragmentach tegoż filmu.

           Tym oto długim wstępem, pragnę Was wprowadzić w temat, nad którym ostatnio pracowałem i dzisiaj właśnie chcę go przedstawić w całej okazałości. Ktoś być może powie lub zapyta, dlaczego podzieliłem jeden film aż na cztery części? Początkowo, chciałem materiał zmieścić w trzech częściach, ale po obejrzeniu filmu stwierdziłem, że na każdym kroku jest on na tyle motywujący i niezwykły, że ciężko byłoby mi go zawrzeć chociażby w jednym zmontowanym filmiku. Zresztą, każdy kto obejrzy, bądź też widział „Niezłomnego”, ten powinien mnie zrozumieć.

LOUIS ZAMPERINI - BIOGRAFIA

          Na początek może przybliżmy historię życia omawianego bohatera. Louis Zamperini urodził się w 1917 roku w mieście Olean w stanie Nowy Jork. Trzy lata później wraz z rodzicami, którzy byli włoskimi emigrantami, przeprowadził się do Torrence w Kalifornii. Od samego początku Louis, można powiedzieć, miał trudne dzieciństwo. Z uwagi na swoje włoskie korzenie miewał problemy z porozumiewaniem się z innymi amerykańskimi kolegami czy mieszkańcami, nie stronił od bójek, a także używek takich jak alkohol czy papierosy. Dopiero starszy brat utemperował jego buntowniczy charakter widząc w nim potencjał na sportowca. Młody Louie niechętnie, choć umocniony w wierze, że może coś dobrego z niego jeszcze wyrośnie, postawił na bieganie. Jego postępy były dość szybko zauważalne, czego efektem było ustanowienie w 1934 roku rekordu świata szkół średnich w biegu na milę z dystansem 4 minuty 21,2 sekundy. Ten sukces umożliwił mu uzyskanie stypendium na University of Southern California, gdzie przez następne lata studiował. W roku 1936 przystąpił do eliminacji olimpijskich w biegu na 5000 metrów zajmując drugie miejsce za Amerykaninem – Donem Lashem, ówczesnym rekordzistą świata, z którym pojechał na igrzyska, by reprezentować swój kraj. W Berlinie Zamperini ukończył bieg na ósmym miejscu i mimo tego, iż nie wygrał, wiedział jak wzbudzić sympatię i oczarować tłumy oglądające całe widowisko. Otóż, praktycznie przez cały bieg na dystansie 5000 metrów Zamperini znajdował się na szarym końcu i kluczowym momentem było jego ostatnie okrążenie, które pokonał w niebywałym tempie w ciągu 56 sekund. Ten wyczyn sprawił, że w 1938 roku „Torrence Tornado”, bo takim przydomkiem go określano, ustanowił kolejny rekord. Tym razem uniwersytecki, gdzie w ciągu 4 minut 8,3 sekund przebiegł dystans mili, długo później nie pobity. Z niecierpliwością wyczekiwał igrzysk olimpijskich w Tokio, które miały się odbyć w 1940 roku, jednakże jego plany pokrzyżował wybuch II wojny światowej. Rok później został powołany do wojska, gdzie okres ten miał być dla niego prawdziwym egzaminem przetrwania. W czasie wykonywania misji w 1943 roku polegającej na odszukaniu zaginionego w akcji bombowca, Zamperini wraz z załogą dostał samolot, który jak się później okazało był wadliwy. Nastąpił wybuch silnika i samolot spadł do oceanu. Z 11-osobowej załogi przeżył tylko Zamperini, pilot Russell Philips i Francis McNamara. Przez 47 dni, mając tylko do dyspozycji mały ponton, co wydaje się niewiarygodne, dryfowali na wodach olbrzymiego Pacyfiku. Po 33 dniach zmarł McNamara, zaś Zamperini i Philips dopłynęli do Wysp Marshalla, gdzie zostali pojmani przez japońskich żołnierzy i wzięci do niewoli. Dla Zamperiniego w tym momencie przez następne dwa lata, bo aż do 1945 roku, rozpoczął się prawdziwy koszmar i chyba najgorszy etap w życiu. Na jego drodze stanął bezwzględny Matsuhiro Watanabe, który stał się głównym wrogiem i jednocześnie katem Amerykanina. Początkowo sierżant w obozie Omori w Tokio, a następnie komendant w obozie Naoetsu, nie szczędził różnego rodzaju tortur i okrucieństwa na jeńcach wojennych. Zwłaszcza dotkliwie odczuł je Zamperini. Znęcanie nie tylko w kontekście fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym miało na celu zniszczenie godności człowieka. Wszystko się zmieniło po zakończeniu wojny, gdzie Watanabe stał się poszukiwanym zbrodniarzem wojennym, a Louis wrócił do domu, wbrew powszechnym opiniom, uznających go za zaginionego. Kolejne lata życia, choć z trudem, starał się wykorzystywać jak najlepiej, zakładając rodzinę i spełniając się w roli odznaczonego działacza wojennego. Zmarł w blasku chwały w Los Angeles w 2014 roku.

ZAMPERINI PRZYKŁADEM MOTYWACJI

  



           Biorąc pod uwagę życiorys Zamperiniego, sami przyznacie rację, że jest świetnym materiałem na scenariusz filmowy, którego parę lat temu się doczekaliśmy. Gdy obejrzałem ten film, wiedziałem, że prędzej czy później pojawi się w moich planach i nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Stąd idea stworzenia projektu składającego się z czterech części, by obszernie przedstawić Wam jak wiele wspólnego z motywacją ma właśnie życie omawianej postaci.

       Niesamowity człowiek, który co prawda w młodości był niefrasobliwym i niezdyscyplinowanym dzieckiem, w latach późniejszych stał się wzorem do naśladowania dla innych. Wiara w możliwości drugiego człowieka, jaką okazywała mu rodzina i brat, to wielka rzecz dająca siłę oraz nadzieję na przekonanie, iż to, co robimy ma w życiu jakiś sens. A także sprawia, że stawiany przez nas cel jest w naszym zasięgu i po wytrwałej walce staje się naszym spełnionym marzeniem. Marzeniem, do którego doszliśmy ciężką pracą i z wiarą w swoje umiejętności. Lecz nieraz życie pisze nam scenariusz inny niż byśmy tego chcieli, w którym wystawia nas na wielką próbę i zrobi wszystko, by nas złamać. A gdy nawet nadzieja, która nam pozostaje, zaczyna zawodzić, nigdy nie możemy jej tracić ani w nią wątpić, ponieważ jest motywem do działania i przetrwania. Natomiast, kiedy może się wydawać, że już zdołaliśmy przejść przez to, co było dla nas z początku niemożliwe, możliwe, że życie nie da nam jeszcze odetchnąć. Zacznie stawiać przed nami kolejne wyzwania, udowadniając nieraz, iż najgorsze dopiero nadchodzi. Wówczas istnieje jedna, jedyna zasada: Jeśli chcesz dalej żyć, musisz walczyć i przede wszystkim, po prostu żyj.

          W życiu czasem przychodzi taki moment, w którym uświadamiamy sobie, że jest naprawdę ciężko. I gdy nawet nasze silne strony, nasze atuty, przerodzą się w bezsilność, niezależnie od tego, gdzie i kiedy się znajdziemy, musimy podjąć walkę i stawić czoła przeciwieństwom losu. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Wylejemy wszystkie krople potu, z trudem będziemy stawiać kolejne kroki, gdzie tylko niektórzy będą je w stanie dalej liczyć. Inni zaś będą próbowali zgasić w nas iskrę nadziei - tak jak w przypadku głównego bohatera robił to komendant Watanabe - po czym możemy upaść oraz znów zostaniemy wystawieni na kolejne trudności. Wtedy, każdy z nas wstanie. Będzie dalej walczył, ponieważ dopóki walczymy wciąż jesteśmy zwycięzcami i o tym zawsze musimy pamiętać.

           Przyjdzie też czas, że każdy z nas będzie musiał stanąć przed najważniejszym wyzwaniem i zmierzyć się ze swoimi słabościami. W obliczu walki o przetrwanie ból uczyni nas silniejszymi, a strach przed porażką powoduje, że stajemy się odważniejsi. To zaś pomaga wyzwolić w nas hart ducha oraz kieruje spojrzenie w oczy rywala. Tak, by zobaczył w Twoich oczach Twoją siłę, wolę walki i determinację, które sprawią, że to jego ostatecznie ogarnie trwoga. Musisz uwierzyć w siebie, nie możesz zapomnieć kim jesteś, o co walczyłeś i do czego dążyłeś. Wówczas, zdobędziesz uznanie i szacunek przeciwnika, który zrozumie, że nie można Cię w żaden sposób złamać. Po wszystkim, możesz być z siebie dumny. Nikt poza Tobą nie wie, ile siły, trudu, łez, bólu i odwagi kosztowało cię dojście do punktu, w którym teraz jesteś. To czyni Cię człowiekiem niezłomnym, nie poddającym się. Takim jakim był Louis Zamperini - prawdziwy przykład motywacji w każdym calu.


Pozdrawiam,
Hart Ducha

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.3


W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

piątek, 24 marca 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.2

Część 1



Część 2



W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

piątek, 10 marca 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.1


W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

niedziela, 15 stycznia 2017

Nigdy się nie poddawaj!


        Nigdy się nie poddawaj! To chyba najbardziej motywujące zdanie jakie może powiedzieć człowiek drugiemu człowiekowi. Jest oczywiście wiele zwrotów, wyrażeń, które równie dobrze mogą podnieść na duchu, lecz właśnie te cztery słowa wypowiedziane razem mają największą moc. 

        Świetnym przykładem potwierdzającym powyższą tezę jest oparty na faktach film "Siła i honor". Główny bohater, Carl Brashear (w tej roli znakomity Cuba Gooding Jr) od dziecka marzy by zostać wojskowym nurkiem specjalizującym się w najbardziej niebezpiecznych zadaniach. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie fakt, iż jest czarnoskórym Amerykaninem. To sprawia, że już na początku obranej przez siebie drogi spotyka się z nieprzychylnością środowiska co do jego osoby, poniżeniem, a także wrogim nastawieniem przełożonych. To tylko początek tego, co czeka głównego bohatera. Pozwólcie, że reszty nie będę zdradzać. Nie psując przy okazji oglądania filmu już teraz gorąco Was zapraszam, bo naprawdę jest warty obejrzenia.  

        Pragnę zwrócić uwagę, że bohater, o którym mowa (tutaj mogę już rzucić małym spoilerem) mimo niepowodzeń, porażek oraz drwin nie poddał się idąc za głosem swojego serca. Bowiem, istotą życia każdego z nas to mieć jakiś cel i na tym się skupię. Każdy z nas poszukuje w życiu jakiejś recepty na szczęście. Jednak, sztuką nie jest podążanie za ideami bez względu na cenę, lecz zachowanie w trakcie tego biegu własnych wartości oraz wzorców potrafiących łamać liczne bariery. 

        W pogoni za marzeniem nie możemy zapomnieć kim jesteśmy. Czasem może nam się wydawać, że lęk prze najgorszym, obawa przed nieznanym wywołują w nas poczucie niepewności, wątpliwości, czy obraliśmy dobrą drogę. Wówczas, siłę musimy znaleźć w sobie, bo jeśli się poddamy, już na starcie nasz cel się oddali. W drodze po marzenia nieraz natkniemy się na różne przeszkody, ale najważniejsze jest to, by się nigdy nie poddawać. Nawet wtedy, gdy będzie ciężko i gdy droga, którą będziemy musieli przejść będzie niezwykle trudna. Coś lub ktoś będzie wiązał nam ręce, będzie chciał pozbawić nas woli do dalszej walki, spróbuje nas złamać, zmusić byśmy się poddali. A my jak na złość się nie poddamy, bo wierzymy w siebie.

        Jednakże, czasem bywa też tak, że kiedy myślimy, iż najgorsze już za nami, nie spodziewamy się tego, że życie szykuje nam inne niespodzianki. Niestety, niekoniecznie te pozytywne. Czasem coś jest niezależne od nas. Wówczas pojawiają się chwile, w których stajemy się bezsilni, a nasze słabości nie pozwalają nam się podnieść. Tracimy wiarę i nadzieję, że wszystko dobrze się potoczy. Wobec tego zaczynamy się zastanawiać i zadawać sobie pytania: Czy to już koniec? A może tak powinno być? Wtedy na kolejną próbę wystawiona jest nasza determinacja i siła charakteru. Ponownie musimy znaleźć w sobie odwagę, by walczyć z przeciwnościami losu i przypomnieć o tym, o czym marzyliśmy i do czego dążyliśmy, zanim zaczęła się nasza wędrówka. Po czym, zmotywowani oraz dzięki wytrwałości, znów stajemy twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem. I chociaż wiele nas to kosztuje, nadal wykazujemy się hartem ducha. Udowadniamy wszystkim, że wierząc we własne możliwości, a przy tym pokonując przede wszystkim samego siebie, jesteśmy zdolni dojść do upragnionego celu. Z honorem i satysfakcją, z wiarą, że nigdy się nie poddaliśmy. Dlatego NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!


  


Pozdrawiam,
Hart Ducha

środa, 7 grudnia 2016

1000 subskrypcji !

Drodzy czytelnicy :)








   Witajcie! Po długiej nieobecności, za którą Was przepraszam, w końcu powracam. Ku mojemu zaskoczeniu i przyznam szczerze niedowierzaniu, pragnę Wam serdecznie podziękować za to co właśnie dla mnie zrobiliście. Mianowicie, mój kanał na youtube osiągnął 1000 subskrypcji! A to wszystko dzięki Wam, dzięki Waszemu wsparciu i Waszych chęci wyświetlania filmów.

   Muszę przyznać, że wraz z Mikołajem sprawiliście mi niesamowity prezent. Owszem, jestem tego świadomy, ze 1000 subskrypcji to jest nic w porównaniu z takimi kanałami jak kanał Sylwestra Wardęgi, Chłopaków z 5 sposobów czy Abstrachuje bądź wielu innych znanych youtuberów, ale jak dla mnie jest to bardzo zadowalający wynik, patrząc z perspektywy tego co robię, tym bardziej, że robię to w wolnych chwilach.

   Zatem, w związku z tym, że śledzicie, w mniejszym lub większym stopniu, moją działalność na youtube czy też na blogu chciałbym Wam zaprezentować w ramach podziękowań nie tylko powyższy filmik ale też coś, co od jakiegoś czasu jest wizytówką wielu znanych osobistości ze świata internetu. Mowa tu o wszelakich gadżetach, w moim przypadku "hartujących ducha". Otóż, założyłem swój własny sklep na portalu Cupsell.pl, gdzie będziecie mogli nabywać - oczywiście - wedle gustu i chęci, w pierwszej kolejności autorskie koszulki związane oczywiście z motywacją i nazwą kanału. Tworzone dla każdego, przeznaczone do noszenia na co dzień, na siłownię, czy do biegania, najważniejsze by hartowały przy tym Wasze umysły, serca i ducha. Serdecznie zapraszam do odwiedzania kanału - https://www.youtube.com/channel/UCjQ3c8CpD5Kw031Tt_YudVA  bloga - http://www.hart-ducha.blogspot  ale i również do sklepu, który z czasem będzie się rozwijał - http://hartducha.cupsell.pl/ .A na koniec jeszcze raz, wielkie dzięki za wszelakie komentarze, łapki w górę jak i te w dół, no i czekamy na kolejną okrągłą liczbę ;)

Pozdrawiam ;)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Dziękujemy Wam Polacy!

   Polska mistrzem Europy! Chciałoby się wykrzyknąć po zakończonych właśnie mistrzostwach Europy, ale niestety, ten tytuł trafił w ręce Portugalczyków. Aczkolwiek, naszym piłkarzom należą się wielkie słowa uznania i szacunku za to, co zaprezentowali na francuskich boiskach, ponieważ dojście do ćwierćfinału w tak prestiżowym turnieju jest dla nas historycznym osiągnięciem.

Krótki raport z EURO 2016
   Po raz pierwszy mecze rozgrywają 24 drużyny, w tym my, Polska. Po bardzo udanych eliminacjach, po których zajęliśmy drugie miejsce w grupie, premiowane bezpośrednim awansem do finałów, oczekiwania wobec piłkarzy były wielkie. Tak świetnie zorganizowanej i dobranej kadrowo reprezentacji nie mieliśmy od lat. Trener Adam Nawałka wykonał świetną robotę sprawiając, że Polska po raz trzeci zagrała na mistrzostwach Europy. Można powiedzieć, że losowanie grup okazało się dla nas szczęśliwe, gdyż trafiliśmy na Niemców, z którymi w eliminacjach wygraliśmy pierwszy mecz 2:0 - historyczny zresztą - oraz na Irlandię Północną i Ukrainę, czyli drużyny w naszym zasięgu.

   I tak też się stało. Po skromnych zwycięstwach 1:0 z Irlandczykami i Ukraińcami oraz niezwykle emocjonującym bezbramkowym remisie z Niemcami awansowaliśmy z grupy jako druga drużyna i jesteśmy w 1/8 finału. Tam czekała na nas reprezentacja Szwajcarii, którą pokonaliśmy po pierwszych w naszej historii rzutach karnych 5:4. I jesteśmy w ćwierćfinale, gdzie po ciężkim meczu i dogrywce z Portugalią, niestety przegrywamy w konkursie rzutów karnych i tutaj sen o półfinale dla nas się kończy. To tak w skrócie o naszej grze na EURO 2016.

Ocena Naszej reprezentacji
   Biorąc pod uwagę nasze występy na tego typu turniejach trzeba przyznać, że od kilkunastu lat nie udało nam się niczego osiągnąć. Czy to były mistrzostwa Europy czy też mistrzostwa świata przeważnie kończyło się tak samo. Po znakomitych eliminacjach, gdy przyszło co do czego, rozgrywaliśmy mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Tym razem było inaczej. Oczekiwania były wielkie i piłkarze nas nie zawiedli. Wytrzymali presję i wykorzystując swój potencjał sprawili nam wielką niespodziankę. Niespodziankę, która trwała dłużej niż tylko trzy mecze. Każdy Polak, nieważne czy dopingował reprezentację z trybun we Francji, czy w domu przed telewizorem lub w miastach gdzieś przed telebimem, gorąco trzymał kciuki i przeżywał wraz z piłkarzami wszystkie spotkania. Wszędzie można było zauważyć biało-czerwone flagi w oknach i za szybą w samochodach. Cała Polska żyła tymi mistrzostwami, tym wielkim piłkarskim świętem. Bramki strzelali ci, którzy powinni strzelać, chociaż z drugiej strony nasza skuteczność nie imponowała. Arkadiusz Milik w meczu z Irlandią Północną, Robert Lewandowski z Portugalią, a Jakub Błaszczykowski dał swoim golem zwycięstwo nad Ukrainą i Szwajcarią. Poza tym, świetna postawa w bramce Łukasza Fabiańskiego, w obronie m.in. Łukasza Piszczka, Kamila Glika i rewelacyjnego w tych finałach Michała Pazdana, w defensywie Grzegorza Krychowiaka czy w pomocy Kamila Grosickiego i młodego Bartosza Kapustki. Czyli ogólnie piłkarzy, którzy sprostali postawionym im wymaganiom i którzy mieli być potwierdzeniem potencjału polskiej reprezentacji. Dziękujemy!

Ocena reszty uczestników

   A co z innymi zespołami? Na pewno można powiedzieć, że te mistrzostwa były bardzo udane, było w nich wiele niespodzianek jak i rozczarowań. Rozczarowaniem na pewno była gra reprezentacji Anglii, która przegrała w 1/8 finału z jedną z rewelacji turnieju - malutką Islandią. Prócz tego słaby występ, jakby wypalonej, Hiszpanii, która, co prawda awansowała dalej, lecz swoją grą pozostawiała wiele do życzenia. Ponadto, z grup nie wyszła Rosja, Czechy czy choćby Szwecja. W każdym bądź razie coś za coś, bo były również wspomniane niespodzianki. Jak w każdym turnieju musiały pojawić się tzw. czarne konie. Nie licząc Polski, która także była takim czarnym koniem, swoją dobrą grą popisały się takie drużyny jak Węgry czy też wyżej wymieniona Islandia. Pozytywnie zaprezentowała się również drużyna Albanii zajmując w swojej grupie trzecie miejsce. Jednakże, największym czarnym koniem tych mistrzostw, według mnie, była Walia, która przegrała dopiero w półfinale z Portugalią. Niesamowicie szybka i składna gra Walijczyków, na czele z Garethem Bale'm, była ogromną niespodzianką i największym sukcesem w historii debiutującej reprezentacji.

   Natomiast nie zawodzili tacy weterani jak Niemcy czy Włosi mający cięższą drabinkę i drogę do finału oraz grający w finale z Portugalią Francuzi. Francję, która była gospodarzem turnieju od początku bukmacherzy traktowali jako murowanego faworyta do zwycięstwa. Drużyna Didiera Deschamps'a naszpikowana gwiazdami od początku nabierała coraz to większych obrotów, a dzięki Griezmannowi, który z sześcioma bramkami został królem strzelców, z powodzeniem dotarli do finału. Do finału, w którym zagrali z Portugalią. Cristiano Ronaldo i spółka co ciekawe nie zachwycali grą na tych mistrzostwach. Po słabej grze w grupie, trzema remisami kolejno z Austrią, Islandią, Węgrami i szczęśliwym wyjściu z grupy z trzeciego miejsca, nikt nie spodziewałby się, że zagrają oni w finale. Lecz mistrzostwa Europy to rozgrywki, w których niektóre drużyny potrzebują czasu, by się rozwinąć, rozpędzić i tak właśnie było z Portugalczykami. To z nimi przegraliśmy w rzutach karnych, lecz co nas może usprawiedliwić to myśl, że przegraliśmy z dzisiejszymi mistrzami Europy. Z drużyną, która poniekąd może świecić przykładem. Z drużyną, która się nie poddawała, która walczyła do końca i wbrew krytycznym opiniom nie przestała marzyć o sukcesie.

   W 2004 roku, gdzie mistrzostwa Europy rozgrywane były na portugalskich boiskach, Portugalia, po świetnej drodze do finału spotkała się z rewelacją  tamtejszego turnieju - Grecją, na którą nikt nie stawiał i uległa jej 1:0. Tak teraz los okazał się łaskawy i też sprawiedliwy oddając Portugalczykom utracone kilkanaście lat temu trofeum. Tymczasem, Francja, która była przygotowana na zwycięstwo swoich piłkarzy, niestety musiała przełknąć gorycz porażki po strzale Edera w finałowej dogrywce. Ten gol dał puchar, upragniony i wyczekiwany przez Cristiano Ronaldo, a zabrał go gospodarzom. Jeśli chodzi o mnie, w finale kibicowałem Francuzom i chociaż darzę sympatią reprezentację Portugalii uważałem, że niezasłużenie doszła do finału. Można powiedzieć, że szczęśliwie przebrnęła przez całą drabinkę, aczkolwiek, tak jak wcześniej wspomniałem z meczu na mecz nabierała rozpędu i w efekcie zagrała świetne spotkanie z Francją. Mecz bardzo wyrównany, z wielkim dramatem ikony Cristiano Ronaldo w tle, ale lepsza okazała się Portugalia i to ona przez następne cztery lata, do czasu rozgrywania kolejnych mistrzostw Europy, będzie bronić tego tytułu.
      
KUBA PRZYKŁADEM HARTU DUCHA
   Na koniec, jeszcze raz wielkie gratulacje dla Polaków. Było blisko. Kto wie, moglibyśmy zajść jeszcze dalej, gdyby nie wykorzystany w ćwierćfinale rzut karny przez Kubę Błaszczykowskiego, ale pamiętajmy o tym, że gdyby nie Kuba, w tym ćwierćfinale byśmy się nie znaleźli. Zagrał świetny turniej, dlatego sądzę, że jeżeli ktoś miał nie wykorzystać rzutu karnego, to właśnie dobrze się stało, że był to Kuba. Dlaczego? Bo jest silny psychicznie i dzięki jego doświadczeniu potrafiliśmy stawić czoła Ukrainie, a później Szwajcarii. Jak mawiają komentatorzy - mecz, w którym Błaszczykowski strzela bramkę jest meczem wygranym. Zatem, Kuba jest zawodnikiem, który mimo wszystko potrafi wziąć odpowiedzialność i cały ciężar na siebie. Jest co prawda pewien niedosyt, lecz na pewno się z tego podniesie. Jednakże, trzeba też szczerze powiedzieć, że mecz ze Szwajcarią zakończył się dla nas szczęśliwie i przedłużył nasze emocje, gdyż Szwajcarzy nie byli słabą drużyną, dlatego sprawiedliwości stało się zadość i w meczu z Portugalią musieliśmy już, niestety, skapitulować. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pokazaliśmy się z jak najlepszej strony, udowodniliśmy, że mamy potencjał i go wykorzystaliśmy. Sprawiliśmy, że reprezentacji Polski nie można było w tych mistrzostwach zlekceważyć a co najważniejsze, utrzymaliśmy formę z eliminacji i obyśmy ją utrzymali jak najdłużej.

   Życzę Polsce i piłkarzom byśmy awansowali również na zbliżające się powolnymi krokami mistrzostwa świata i na tej, tym razem międzynarodowej imprezie, zaistnieli w wielkiej piłce potwierdzając nasz kolektyw. Trener Nawałka zostaje, tak więc nadzieje znów są w nim i w zawodnikach pokładane. Oczekiwania w miarę sukcesu z biegiem czasu będą rosły, a chłopaki niech grają tak jak do tej pory, z przykładem wielkiego hartu ducha Kuby Błaszczykowskiego. Co nas nie zabije to nas wzmocni i uczyni jeszcze silniejszymi. My kibice, jesteśmy szczęśliwi, do nikogo nie mamy urazu i dziękujemy za dostarczone emocje oraz niezapomniane wrażenia. W końcu, Polska może dumnie poszczycić się sukcesami nie tylko w siatkówce, piłce ręcznej czy w skokach narciarskich, ale i w najbardziej popularnej dyscyplinie sportowej, zarówno na świecie jak i w naszym kraju, jaką jest piłka nożna. W sporcie jakże nieprzewidywalnym, jakże spektakularnym i udowadniającym, że niemożliwe nie istnieje.

Pozdrawiam,
Hart Ducha  :)