niedziela, 28 stycznia 2018

Never give up!/ Nigdy się nie poddawaj! Historia Nicka Vujicica - małego człowieka o wielkim sercu


      „Niektóre rzeczy w życiu są poza naszą kontrolą, nie możemy ich zmienić i musimy z nimi żyć. Jednak nadal mamy wybór, możemy chociaż wybrać – albo się poddać albo próbować dalej” – tymi słowami Nicka Vujicica rozpocznę pierwszy w tym roku wpis. Tego człowieka, myślę, znają wszyscy. Dlaczego? Bo zna go cały świat. Dlaczego? Bo jest wyjątkowy. Nie tylko z wyglądu, ale i również z tego, co robi. Jeśli mimo to o nim nie słyszeliście, nie przejmujcie się. Postaram się przybliżyć jego osobę i to, co chciał nam przekazać podczas jednego ze swoich słynnych wykładów motywacyjnych „Never give up!” ("Nigdy się nie poddawaj!").
 

       Dlaczego Nick Vujicic jest człowiekiem, którego zna cały świat? Otóż, Nick urodził się z rzadką chorobą, jaką jest zespół tetra-amelia, która jednym słowem, przejawia się całkowicie wrodzonym brakiem kończyn. Już sam fakt sprawił, że stał się wyjątkowy, a zarazem inny. Człowiek bez rąk i bez nóg? Jak to? Przecież to przechodzi wszelkie wyobrażenie. A jednak prawdziwe. Również Nick nie potrafił się z tym pogodzić. W wieku 10 lat postanowił popełnić samobójstwo wskakując do wody z zamiarem utopienia się. Lecz jakiś wewnętrzny głos kazał mu się nie poddawać i walczyć z przeciwnościami losu. Wkrótce zrozumiał, że ma w życiu jakiś cel, a jego choroba staje się dowodem nadziei, którą teraz stara się przelewać na innych ludzi. 




        Na swoim wykładzie porusza przede wszystkim problemy z jakimi borykał się w dzieciństwie. Jego wygląd przyczynił się do tego, że był wyśmiewany w szkole, a rówieśnicy mu dokuczali. Nie wszyscy potrafili zrozumieć jego niepełnosprawność oraz „dziwny” wizerunek. Był przecież inny niż cała reszta. Chodząc do szkoły każdy chce być akceptowany i lubiany. Każdy chce czymś imponować, wyróżniać się. Najgorsze jest to, że nie każdy potrafi patrzeć na kogoś nie tylko oczyma, lecz także duszą i sercem. Dla niektórych liczy się tylko wspomniany wygląd lub pieniądze, a to z biegiem lat prędzej czy później przemija. Kpimy z kogoś, bo jest odmieńcem, różni się od społeczeństwa.


        Wszakże, pozory nieraz mogą mylić. Spisując przedwcześnie kogoś na straty tylko z tego powodu, że do nas nie pasuje, możemy zniszczyć komuś życie, nie mając o tym nawet pojęcia. Sam Nick przestał wierzyć, że ktoś go polubi. Doskwierająca mu samotność i odrzucenie zrodziła depresję oraz chęci samobójcze. Nie wiedział, dlaczego tak wygląda, nie potrafił zrozumieć, gdzie rodzice czy może on sam, w którymś momencie popełnił błąd kosztujący go utraty rąk i nóg. Lęk, z jakim codziennie się budził odbierał mu nadzieję na jakkolwiek lepsze życie.

        To ludzie określają kim jesteśmy. A my, pragnąc akceptacji, staramy się wtopić w środowisko. Robimy coś, co wydaje się być cool, co wszyscy robią, więc i my tacy chcemy być, to samo chcemy robić. Zmieniamy swoje upodobania, wzorce, charakter. Lecz to do nas nie pasuje. Robimy coś wbrew sobie, w efekcie czego, w końcu tracimy samego siebie. To doprowadza nas do depresji. Wzbudza lęk i obniżenie poczucia własnej wartości. Taka postawa sprawia, że łatwo uwierzymy w to, gdy ktoś będzie nam wmawiał, iż nie osiągniemy żadnego celu, nie spełnimy swoich marzeń, bo jesteśmy po prostu na to za słabi. Pozbywając się samego siebie pozbywamy się wszystkiego, co jest w nas. Każdy ma prawo do własnego życia. Musimy nauczyć się akceptować nas samych. To, jak wyglądamy, co lubimy, a czego nie, nie powinno być miernikiem oceny naszej osoby. Pozory mogą mylić i swoim „ślepym” spojrzeniem na kogoś niepotrzebnie go skreślimy.


        Jak mówi Nick: "Każdy jest wart więcej niż diament, ten najcenniejszy. Życie jest warte życia, jeśli mamy swój cel. A jeśli go masz, to podążaj do niego. Idź w tym kierunku. Bądź odważny...". Natomiast, jeśli jeszcze go nie mamy, to z czasem odnajdziemy swoje przeznaczenie. Być może stanie się tak, że nie spełnisz jednego ze swoich marzeń, bo coś stoi na przeszkodzie. Lecz prędzej czy później znajdziesz inną drogę, by zmienić kierunek i odnajdziesz się w czymś całkowicie innym, o czym w ogóle nie myślałeś. Tak jak to zrobił Nick Vujicic. 

        Zrozumiał, że nie zmieni swojego wizerunku, a lekarze nie będą w stanie "doszyć" mu rąk czy nóg. Musiał zaakceptować siebie takiego, jakim jest. Nauczyć się normalnie żyć, a także podejmować się najprostszych dla nas zadań codzienności, jak: chodzenie, pisanie (pisze dzięki dwóm palcom zdeformowanej stopy), korzystanie z telefonu czy komputera, jedzenie oraz picie ze szklanki. Był moment, kiedy stanął przed wyborem: Zrobić kilka kroków w stronę przepaści i rzucić się w nią bezpowrotnie czy zrobić jeszcze więcej kroków, by sprostać wyzwaniom życia, przeskoczyć napotkane przeszkody i walczyć o swoje marzenia. Domyślasz się, w którym kierunku poszedł?

         Stań przed lustrem i wyobraź sobie siebie 10 lat temu. Teraz jesteś dorosły i doświadczony. Porozmawiaj z młodszą osobą, którą widzisz w swoim odbiciu o swoich dotychczasowych przeżyciach, problemach, sytuacjach, z których nie było wyjścia. Jak potrafiłeś im sprostać?Jak je rozwiązywałeś? Jak walczyłeś, by móc być w miejscu, w którym jesteś teraz? Przed tym lustrem. Tak naprawdę możesz więcej niż ci się wydaje. Jednakże potrzebna jest w naszym życiu taka rozmowa. Rozmowa z ludźmi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nas wysłucha, kto nas zrozumie, kto będzie nas szanował i kochał. Nikt nie powinien być sam. Dzięki wsparciu ludzi, którzy widzieli w Nicku kogoś o wyjątkowym sercu, nie tylko „pokrakę”, a także umocniony wiarą w Boga odnalazł swój cel w życiu i zaczął spełniać swoje marzenia. Pomagając przy tym realizować marzenia innych. Jako mówca motywacyjny namawia byśmy im pomagali, nie odwracali się od nich. Bo tak jak jemu przeznaczone było dawać swoim przykładem ludziom nadzieje, tak inni żyją po to, by pomagać drugiemu człowiekowi. Nic nie dzieje się bez przyczyny, poznajemy ludzi w jakimś celu, który z czasem odkrywamy. Może w naszych rękach leży ich los?

         Każdego dnia stoimy w życiu przed jakimiś wyborami. Stoimy przed wyborem tego, czy podniesiemy kogoś na duchu, czy też go zdołujemy. Mamy wybór, by iść w stronę swoich marzeń lub zostać przy tymczasowych rzeczach, nie mających żadnych wartości. Mamy również wybór, czy się poddać, czy może dalej walczyć. Nikt nie powie nam kim jesteśmy, ponieważ musimy odkryć to sami. Musimy szanować samego siebie. Tak naprawdę nie ma znaczenia, jak wyglądamy, czy jesteśmy grubi czy chudzi, wysocy czy niscy, ani to jakiej jesteśmy płci. Najważniejsze jest to, jacy jesteśmy w środku. Zatem, co zrobisz jak się przewrócisz, jak upadniesz? Musisz się podnieść. Jeżeli nie uda ci się za pierwszym razem, zrób to ponownie. Nawet gdybyś wykonywał sto podejść, w końcu się podniesiesz. W ten sposób kreujesz swój charakter i wolę walki. Wzmacniasz swoją siłę nie tylko pod względem fizycznym, ale i psychicznym. Jeśli postawiłeś sobie jakiś cel i po wielu próbach udało ci się go osiągnąć, jakże wzrosła twoja wiara, która przecież na początku była tylko pragnieniem?

         Nick Vujicic jest żywym przykładem tego, że mały człowiek potrafi być wielki. Nie pod względem posiadanego majątku, ani codziennego picia mleka, ani też dzięki treningom na siłowni. Lecz mając serce, które można podarować na dłoni drugiemu człowiekowi, wskrzesić w nim iskrę nadziei i zasiać ziarenko wiary. Ponieważ, dopóki się podnosisz, ciągle masz na coś szansę, ciągle możesz osiągnąć cel, zrealizować marzenia. To nie jest koniec, póki walczysz i się nie poddajesz. Nick się nie poddał, pomagając obecnie ludziom na całym świecie, więc Ty też nigdy się nie poddawaj!



Poniżej przedstawiam materiał "Never give up!" będący fragmentem jego wykładu o tym samym tytule. Zapraszam do oglądania oraz subskrybowania kanału.
 

Pozdrawiam,
Hart Ducha :)





niedziela, 8 października 2017

Mamy to! Polska zagra na Mistrzostwach Świata w Rosji!


     "Do nieba, do piekła, do nieba..." – tak oto tymi słowami Tomasza Hajty, komentującego wraz z Mateuszem Borkiem mecz Polski z Czarnogórą, można by opisać to, co działo się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Piłkarska reprezentacja Polski w swoim ostatnim, dramatycznym jak się później okazało, spotkaniu eliminacji pokonała drużynę Czarnogóry 4:2. I tym samym, po raz ósmy w historii awansowała na Mistrzostwa Świata, które odbędą się już w przyszłym roku w Rosji. Ponadto, kolejne rekordy bije Robert Lewandowski, ale zacznijmy od początku...

     Adam Nawałka jako trener reprezentacji przejął drużynę 1 listopada 2013 roku. Mogłoby się wydawać, że data nostalgiczna, ale nie dla tego pana. Od tego dnia, polski futbol zmienił swoje oblicze. Po nieudanych występach na Euro 2012, którego byliśmy współorganizatorami, nie wspominając o mistrzostwach świata w 2002 i 2006 roku oraz o Euro 2008, gdzie z reguły rozgrywaliśmy mecze otwarcia, mecze o wszystko i mecze o honor, teraz przestaliśmy być chłopcami do bicia i staliśmy się jedną z potęg europejskiego futbolu. A na ten światowy, miejmy nadzieję, doczekamy się już w 2018 roku. Chociaż, jakby spojrzeć na ranking FIFA, już teraz stoimy obok takich drużyn jak Brazylia czy Argentyna. Nawałka, po zastosowaniu metody prób i błędów stworzył w końcu drużynę mogącą powalczyć o najwyższe trofea. To, że posiadamy potencjał i wspaniałych zawodników potwierdziliśmy na mistrzostwach Europy w 2016 roku, gdzie dotarliśmy do ćwierćfinału, przegrywając dopiero w rzutach karnych z późniejszym triumfatorem -  Portugalią. Tacy piłkarze jak Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Kamil Grosicki, Grzegorz Krychowiak, Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński, którzy także zachwycają swoją grą w wielkich europejskich klubach, stanowią wraz z innymi o sile i wielkości polskiej kadry. A awansem na mundial doskonale to udowadnia.

     Po losowaniu grup eliminacyjnych zaliczano nas do grona faworytów. Walka o prym grupy miała się toczyć głównie z Danią oraz Rumunią. Bez szans nie pozostawała Czarnogóra, a Armenia wraz z Kazachstanem, powiedzmy, mieli być dostawcami punktów. Jak się okazało i jak głosi stare piłkarskie porzekadło - piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym i nie można nikogo lekceważyć - bo już w pierwszym meczu z Kazachstanem o dziwo zremisowaliśmy 2:2. Później już było trochę lepiej. Trochę, ponieważ blisko sprawienia nam niespodzianki byli Duńczycy, lecz ostatecznie spotkanie zakończyło się naszym zwycięstwem 3:2. W kolejnym meczu, również szczęśliwie dla nas wygranym 2:1 z Armenią, Robert Lewandowski strzela bramkę w ostatnich minutach. Z czasem, nasza gra zdecydowanie była pewniejsza. Zwycięstwo z Rumunią 3:0, 2:1 z Czarnogórą oraz 3:1 w rewanżu z Rumunią. Niestety, po przerwie wakacyjnej, w następnym spotkaniu przegrywamy aż 4:0 z Danią. Jednakże, tą wpadkę nazwijmy wypadkiem przy pracy. Z drugiej strony, taki kubeł zimnej wody przydał się piłkarzom, by nie spoczęli na laurach i nie zapominali o co grają. Efektem czego były wysokie zwycięstwa: 3:0 nad Kazachstanem i 6:1 nad reprezentacją Armenii. Został jeden mecz, ten jedyny, dający nam awans. Praktycznie, wystarczyłby jeden punkt, ale w pojedynku o taką stawkę nie można grać na remis i w każdym spotkaniu trzeba dać z siebie wszystko, 100% zaangażowania. Ponadto, w dobrym stylu przydałoby się zakończyć eliminacje pieczętując wyraziście pierwsze miejsce w grupie.

     Mecz rozpoczęliśmy świetnie, bo już w 6' minucie po bramce Krzysztofa Mączyńskiego objęliśmy prowadzenie. Kilka minut później, po składnej akcji naszych piłkarzy, w 16' minucie do bramki trafia Kamil Grosicki. Mamy już awans, prowadzimy i wystarczy ten wynik tylko utrzymać. Do końca pierwszej połowy graliśmy mądrze i rozważnie, skutecznie się broniąc, ale i też stwarzając sobie raz po raz dogodne sytuacje. I tutaj znów pojawiła się nasza zmora towarzysząca nieraz w poprzednich meczach. W drugiej połowie straciliśmy w łatwy sposób kontrolowanie gry, co musiało skutkować błędami oraz bramkami przeciwników. Tak też się właśnie stało. Byliśmy w niebie, by po kilku minutach znaleźć się w piekle. W 78’ minucie - tuż po wejściu na boisko z ławki rezerwowych - przepiękną bramkę z przewrotki strzela Mugosa, a zaraz po nim, bo w 83' minucie na 2:2 wynik podwyższa Tomasevic i mecz zaczyna się jakby od nowa. Co prawda, jak wcześniej wspomniałem, remis nam wystarcza, ale nie mogliśmy zapominać, że do końca spotkania pozostało jeszcze z kilka/kilkanaście minut. Kibice na trybunach jak i ci przed telewizorami… no właśnie, wszyscy chyba przeżywaliśmy to samo, bo przecież nie tak miało to wyglądać. Strach, panika, niedowierzanie rysowały się na naszych twarzach. By po chwili znów dopadła nas euforia, gdy w 85' minucie Robert Lewandowski wykorzystał błąd obrońcy Czarnogóry i strzelił dającą prowadzenie bramkę. Na koniec, po rajdzie lewą stroną "Grosika" i przejęciu - po dośrodkowaniu - na prawej stronie piłki przez Błaszczykowskiego oraz strzale wzdłuż bramki gola samobójczego na meczowe konto wpisuje Stojkovic. Mamy to! Wygraliśmy 4:2 i już nikt nam nie odbierze pierwszego miejsca premiowanego awansem na Mistrzostwa Świata w Rosji. Teraz już jesteśmy w niebie. Na koniec niespełna 58 tys widzów miało jeszcze okazję zobaczyć celebrowanie sukcesu przez piłkarzy, by następnie w szczęśliwych nastrojach opuścić Stadion Narodowy.
     
     Niesamowite wrażenia, emocje na wysokim poziomie plus niezapomniane dla wielu Polaków obrazki sportowego piękna. Polska piłka nożna znów zaczyna cieszyć kibiców. Cieszy nas również postawa w szczególności Roberta Lewandowskiego, który po tych eliminacjach pobija kolejne piłkarskie rekordy. Już w przedostatnim meczu z Armenią, gdzie strzelił kolejnego w swojej karierze hat-tricka, z 50 golami uplasował się na pierwszym miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii polskiej piłki reprezentacyjnej. Przeskoczył przy tym, długo niepokonanego pod względem strzelonych bramek Włodzimierza Lubańskiego. A kolejną bramką w meczu z Czarnogórą podkreśla jeszcze bardziej swoją klasę. Warto dodać, że został też najlepszym strzelcem w historii kwalifikacji w Europie, gdzie mając 16 bramek jest lepszy o jedno oczko od Cristiano Ronaldo. Nie można również zapomnieć o trenerze, Adamie Nawałce. On z kolei jest rekordzistą, jeśli chodzi o doprowadzenie reprezentacji - przez jednego selekcjonera - zarówno do finałów Mistrzostw Europy jak i Mistrzostw Świata. Gratulujemy obydwu panom i życzmy im oraz całej kadrze, by nigdy się nie poddawali oraz zawsze walczyli do końca. A na Mundialu w Rosji, tak jak w słowach naszego hymnu narodowego, pokazali "...jak zwyciężać mamy".

Pozdrawiam,
Hart Ducha

niedziela, 7 maja 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.4. Człowiek niezłomny - historia Louisa Zamperiniego

            Życie nie zawsze potrafi być usłane różami. Jest to nie łatwa wędrówka, która niesie ze sobą zarówno wzloty jak i upadki. Każdy mierzy pojawiające się problemy swoją wagą i w miarę możliwości stara się na swój sposób właściwie je rozwiązywać. Czasem zdarza się tak, że coś jest niezależne od człowieka, czego się nie spodziewa i na co nie ma wpływu. Życie pisze własne scenariusze, nikogo nie pyta o jego weryfikację. Wtedy, najważniejsze oraz jedyne, co możemy zrobić, to nie pozwolić, by nas cokolwiek złamało. To my jesteśmy kowalem własnego losu.

„Niezłomny” – tak można najkrócej opisać człowieka będącego głównym bohaterem ekranizacji w reżyserii Angeliny Jolie. Scenariusz napisali słynni bracia Coen. Inspirowany prawdziwą historią amerykańskiego biegacza Louisa Zamperiniego (Jack O'Connell) staje się dowodem na to, że człowiek jest w stanie znieść wszystko. Biorąc pod uwagę jego życiorys, było to tylko kwestią czasu, aby pojawił się koncept wyreżyserowania filmu, a następnie wyświetlenia go w kinach. Jolie od początku stara się zobrazować z jakimi wyzwaniami zmagał się główny bohater. Zainspirował również mnie, by stworzyć, składający się z czterech części, materiał oparty właśnie na fragmentach tegoż filmu.

           Tym oto długim wstępem, pragnę Was wprowadzić w temat, nad którym ostatnio pracowałem i dzisiaj właśnie chcę go przedstawić w całej okazałości. Ktoś być może powie lub zapyta, dlaczego podzieliłem jeden film aż na cztery części? Początkowo, chciałem materiał zmieścić w trzech częściach, ale po obejrzeniu filmu stwierdziłem, że na każdym kroku jest on na tyle motywujący i niezwykły, że ciężko byłoby mi go zawrzeć chociażby w jednym zmontowanym filmiku. Zresztą, każdy kto obejrzy, bądź też widział „Niezłomnego”, ten powinien mnie zrozumieć.

LOUIS ZAMPERINI - BIOGRAFIA

          Na początek może przybliżmy historię życia omawianego bohatera. Louis Zamperini urodził się w 1917 roku w mieście Olean w stanie Nowy Jork. Trzy lata później wraz z rodzicami, którzy byli włoskimi emigrantami, przeprowadził się do Torrence w Kalifornii. Od samego początku Louis, można powiedzieć, miał trudne dzieciństwo. Z uwagi na swoje włoskie korzenie miewał problemy z porozumiewaniem się z innymi amerykańskimi kolegami czy mieszkańcami, nie stronił od bójek, a także używek takich jak alkohol czy papierosy. Dopiero starszy brat utemperował jego buntowniczy charakter widząc w nim potencjał na sportowca. Młody Louie niechętnie, choć umocniony w wierze, że może coś dobrego z niego jeszcze wyrośnie, postawił na bieganie. Jego postępy były dość szybko zauważalne, czego efektem było ustanowienie w 1934 roku rekordu świata szkół średnich w biegu na milę z dystansem 4 minuty 21,2 sekundy. Ten sukces umożliwił mu uzyskanie stypendium na University of Southern California, gdzie przez następne lata studiował. W roku 1936 przystąpił do eliminacji olimpijskich w biegu na 5000 metrów zajmując drugie miejsce za Amerykaninem – Donem Lashem, ówczesnym rekordzistą świata, z którym pojechał na igrzyska, by reprezentować swój kraj. W Berlinie Zamperini ukończył bieg na ósmym miejscu i mimo tego, iż nie wygrał, wiedział jak wzbudzić sympatię i oczarować tłumy oglądające całe widowisko. Otóż, praktycznie przez cały bieg na dystansie 5000 metrów Zamperini znajdował się na szarym końcu i kluczowym momentem było jego ostatnie okrążenie, które pokonał w niebywałym tempie w ciągu 56 sekund. Ten wyczyn sprawił, że w 1938 roku „Torrence Tornado”, bo takim przydomkiem go określano, ustanowił kolejny rekord. Tym razem uniwersytecki, gdzie w ciągu 4 minut 8,3 sekund przebiegł dystans mili, długo później nie pobity. Z niecierpliwością wyczekiwał igrzysk olimpijskich w Tokio, które miały się odbyć w 1940 roku, jednakże jego plany pokrzyżował wybuch II wojny światowej. Rok później został powołany do wojska, gdzie okres ten miał być dla niego prawdziwym egzaminem przetrwania. W czasie wykonywania misji w 1943 roku polegającej na odszukaniu zaginionego w akcji bombowca, Zamperini wraz z załogą dostał samolot, który jak się później okazało był wadliwy. Nastąpił wybuch silnika i samolot spadł do oceanu. Z 11-osobowej załogi przeżył tylko Zamperini, pilot Russell Philips i Francis McNamara. Przez 47 dni, mając tylko do dyspozycji mały ponton, co wydaje się niewiarygodne, dryfowali na wodach olbrzymiego Pacyfiku. Po 33 dniach zmarł McNamara, zaś Zamperini i Philips dopłynęli do Wysp Marshalla, gdzie zostali pojmani przez japońskich żołnierzy i wzięci do niewoli. Dla Zamperiniego w tym momencie przez następne dwa lata, bo aż do 1945 roku, rozpoczął się prawdziwy koszmar i chyba najgorszy etap w życiu. Na jego drodze stanął bezwzględny Matsuhiro Watanabe, który stał się głównym wrogiem i jednocześnie katem Amerykanina. Początkowo sierżant w obozie Omori w Tokio, a następnie komendant w obozie Naoetsu, nie szczędził różnego rodzaju tortur i okrucieństwa na jeńcach wojennych. Zwłaszcza dotkliwie odczuł je Zamperini. Znęcanie nie tylko w kontekście fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym miało na celu zniszczenie godności człowieka. Wszystko się zmieniło po zakończeniu wojny, gdzie Watanabe stał się poszukiwanym zbrodniarzem wojennym, a Louis wrócił do domu, wbrew powszechnym opiniom, uznających go za zaginionego. Kolejne lata życia, choć z trudem, starał się wykorzystywać jak najlepiej, zakładając rodzinę i spełniając się w roli odznaczonego działacza wojennego. Zmarł w blasku chwały w Los Angeles w 2014 roku.

ZAMPERINI PRZYKŁADEM MOTYWACJI

  



           Biorąc pod uwagę życiorys Zamperiniego, sami przyznacie rację, że jest świetnym materiałem na scenariusz filmowy, którego parę lat temu się doczekaliśmy. Gdy obejrzałem ten film, wiedziałem, że prędzej czy później pojawi się w moich planach i nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Stąd idea stworzenia projektu składającego się z czterech części, by obszernie przedstawić Wam jak wiele wspólnego z motywacją ma właśnie życie omawianej postaci.

       Niesamowity człowiek, który co prawda w młodości był niefrasobliwym i niezdyscyplinowanym dzieckiem, w latach późniejszych stał się wzorem do naśladowania dla innych. Wiara w możliwości drugiego człowieka, jaką okazywała mu rodzina i brat, to wielka rzecz dająca siłę oraz nadzieję na przekonanie, iż to, co robimy ma w życiu jakiś sens. A także sprawia, że stawiany przez nas cel jest w naszym zasięgu i po wytrwałej walce staje się naszym spełnionym marzeniem. Marzeniem, do którego doszliśmy ciężką pracą i z wiarą w swoje umiejętności. Lecz nieraz życie pisze nam scenariusz inny niż byśmy tego chcieli, w którym wystawia nas na wielką próbę i zrobi wszystko, by nas złamać. A gdy nawet nadzieja, która nam pozostaje, zaczyna zawodzić, nigdy nie możemy jej tracić ani w nią wątpić, ponieważ jest motywem do działania i przetrwania. Natomiast, kiedy może się wydawać, że już zdołaliśmy przejść przez to, co było dla nas z początku niemożliwe, możliwe, że życie nie da nam jeszcze odetchnąć. Zacznie stawiać przed nami kolejne wyzwania, udowadniając nieraz, iż najgorsze dopiero nadchodzi. Wówczas istnieje jedna, jedyna zasada: Jeśli chcesz dalej żyć, musisz walczyć i przede wszystkim, po prostu żyj.

          W życiu czasem przychodzi taki moment, w którym uświadamiamy sobie, że jest naprawdę ciężko. I gdy nawet nasze silne strony, nasze atuty, przerodzą się w bezsilność, niezależnie od tego, gdzie i kiedy się znajdziemy, musimy podjąć walkę i stawić czoła przeciwieństwom losu. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Wylejemy wszystkie krople potu, z trudem będziemy stawiać kolejne kroki, gdzie tylko niektórzy będą je w stanie dalej liczyć. Inni zaś będą próbowali zgasić w nas iskrę nadziei - tak jak w przypadku głównego bohatera robił to komendant Watanabe - po czym możemy upaść oraz znów zostaniemy wystawieni na kolejne trudności. Wtedy, każdy z nas wstanie. Będzie dalej walczył, ponieważ dopóki walczymy wciąż jesteśmy zwycięzcami i o tym zawsze musimy pamiętać.

           Przyjdzie też czas, że każdy z nas będzie musiał stanąć przed najważniejszym wyzwaniem i zmierzyć się ze swoimi słabościami. W obliczu walki o przetrwanie ból uczyni nas silniejszymi, a strach przed porażką powoduje, że stajemy się odważniejsi. To zaś pomaga wyzwolić w nas hart ducha oraz kieruje spojrzenie w oczy rywala. Tak, by zobaczył w Twoich oczach Twoją siłę, wolę walki i determinację, które sprawią, że to jego ostatecznie ogarnie trwoga. Musisz uwierzyć w siebie, nie możesz zapomnieć kim jesteś, o co walczyłeś i do czego dążyłeś. Wówczas, zdobędziesz uznanie i szacunek przeciwnika, który zrozumie, że nie można Cię w żaden sposób złamać. Po wszystkim, możesz być z siebie dumny. Nikt poza Tobą nie wie, ile siły, trudu, łez, bólu i odwagi kosztowało cię dojście do punktu, w którym teraz jesteś. To czyni Cię człowiekiem niezłomnym, nie poddającym się. Takim jakim był Louis Zamperini - prawdziwy przykład motywacji w każdym calu.


Pozdrawiam,
Hart Ducha

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.3


W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

piątek, 24 marca 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.2

Część 1



Część 2



W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

piątek, 10 marca 2017

Nigdy nie daj się złamać! cz.1


W tej części znajdziecie cały materiał filmowy będący fragmentem z filmu "Niezłomny". Recenzja i zakończenie motywu w części 4. Zapraszam :)

niedziela, 15 stycznia 2017

Nigdy się nie poddawaj!


        Nigdy się nie poddawaj! To chyba najbardziej motywujące zdanie jakie może powiedzieć człowiek drugiemu człowiekowi. Jest oczywiście wiele zwrotów, wyrażeń, które równie dobrze mogą podnieść na duchu, lecz właśnie te cztery słowa wypowiedziane razem mają największą moc. 

        Świetnym przykładem potwierdzającym powyższą tezę jest oparty na faktach film "Siła i honor". Główny bohater, Carl Brashear (w tej roli znakomity Cuba Gooding Jr) od dziecka marzy by zostać wojskowym nurkiem specjalizującym się w najbardziej niebezpiecznych zadaniach. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie fakt, iż jest czarnoskórym Amerykaninem. To sprawia, że już na początku obranej przez siebie drogi spotyka się z nieprzychylnością środowiska co do jego osoby, poniżeniem, a także wrogim nastawieniem przełożonych. To tylko początek tego, co czeka głównego bohatera. Pozwólcie, że reszty nie będę zdradzać. Nie psując przy okazji oglądania filmu już teraz gorąco Was zapraszam, bo naprawdę jest warty obejrzenia.  

        Pragnę zwrócić uwagę, że bohater, o którym mowa (tutaj mogę już rzucić małym spoilerem) mimo niepowodzeń, porażek oraz drwin nie poddał się idąc za głosem swojego serca. Bowiem, istotą życia każdego z nas to mieć jakiś cel i na tym się skupię. Każdy z nas poszukuje w życiu jakiejś recepty na szczęście. Jednak, sztuką nie jest podążanie za ideami bez względu na cenę, lecz zachowanie w trakcie tego biegu własnych wartości oraz wzorców potrafiących łamać liczne bariery. 

        W pogoni za marzeniem nie możemy zapomnieć kim jesteśmy. Czasem może nam się wydawać, że lęk prze najgorszym, obawa przed nieznanym wywołują w nas poczucie niepewności, wątpliwości, czy obraliśmy dobrą drogę. Wówczas, siłę musimy znaleźć w sobie, bo jeśli się poddamy, już na starcie nasz cel się oddali. W drodze po marzenia nieraz natkniemy się na różne przeszkody, ale najważniejsze jest to, by się nigdy nie poddawać. Nawet wtedy, gdy będzie ciężko i gdy droga, którą będziemy musieli przejść będzie niezwykle trudna. Coś lub ktoś będzie wiązał nam ręce, będzie chciał pozbawić nas woli do dalszej walki, spróbuje nas złamać, zmusić byśmy się poddali. A my jak na złość się nie poddamy, bo wierzymy w siebie.

        Jednakże, czasem bywa też tak, że kiedy myślimy, iż najgorsze już za nami, nie spodziewamy się tego, że życie szykuje nam inne niespodzianki. Niestety, niekoniecznie te pozytywne. Czasem coś jest niezależne od nas. Wówczas pojawiają się chwile, w których stajemy się bezsilni, a nasze słabości nie pozwalają nam się podnieść. Tracimy wiarę i nadzieję, że wszystko dobrze się potoczy. Wobec tego zaczynamy się zastanawiać i zadawać sobie pytania: Czy to już koniec? A może tak powinno być? Wtedy na kolejną próbę wystawiona jest nasza determinacja i siła charakteru. Ponownie musimy znaleźć w sobie odwagę, by walczyć z przeciwnościami losu i przypomnieć o tym, o czym marzyliśmy i do czego dążyliśmy, zanim zaczęła się nasza wędrówka. Po czym, zmotywowani oraz dzięki wytrwałości, znów stajemy twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem. I chociaż wiele nas to kosztuje, nadal wykazujemy się hartem ducha. Udowadniamy wszystkim, że wierząc we własne możliwości, a przy tym pokonując przede wszystkim samego siebie, jesteśmy zdolni dojść do upragnionego celu. Z honorem i satysfakcją, z wiarą, że nigdy się nie poddaliśmy. Dlatego NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ!


  


Pozdrawiam,
Hart Ducha